Międzynarodowy Dzień Teatru - orędzie - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ TEATRU - ORĘDZIE

 

Międzynarodowy Dzień Teatru obchodzony jest corocznie 27 marca już od sześćdziesięciu pięciu lat. Święto zostało ustanowione w 1961 roku podczas światowego 9. Kongresu ITI – International Theatre Institute w Helsinkach. Data ta jest symboliczna i upamiętnia otwarcie Teatru Narodów w Paryżu, które miało miejsce 27 marca 1957 roku.

27 marca na całym świecie celebrujemy teatr. Międzynarodowy Instytut Teatralny (ITI) co roku zaprasza wybitne postaci sceny teatralnej do napisania orędzia, które staje się wspólnym głosem artystów w tym wyjątkowym dniu.

Zdjęcie aktora Willema Dafoe autora orędzia na szaroczarnym tle z napisem Międzynarodwy Dzień Teatru 27 marca 2026

W 2026 roku autorem orędzia jest Willem Dafoe – aktor i twórca teatralny, dyrektor artystyczny sekcji teatralnej La Biennale di Venezia, jeden z założycieli zespołu teatralnego The Wooster Group z siedzibą w The Performing Garage w Nowym Jorku.

„(...) teatr jako forma totalna może pokazać nam świat, jaki był kiedyś, jaki jest obecnie i jaki może stać się w przyszłości”.

Jako aktor jestem znany przede wszystkim z ról filmowych, ale korzenie mojej twórczości tkwią głęboko w teatrze. W latach 1977–2003, jako członek The Wooster Group, tworzyłem i wystawiałem oryginalne spektakle na scenie nowojorskiego The Performing Garage oraz na deskach teatrów w różnych częściach świata. Współpracowałem też z Richardem Foremanem, Robertem Wilsonem i Romeem Castelluccim, a obecnie pełnię funkcję dyrektora artystycznego Biennale Teatralnego w Wenecji. Ta funkcja, wydarzenia rozgrywające się na świecie i moja chęć powrotu do pracy w teatrze utwierdziły mnie w przekonaniu o ważności teatru i wyjątkowym, pozytywnym wpływie, jaki wywiera on na widzów.

Kiedy stawiałem pierwsze kroki w The Wooster Group, zespole teatralnym z siedzibą w Nowym Jorku, często publiczność na naszych spektaklach była nieliczna. Zwykle zakładaliśmy, że odwołamy występ, jeśli na scenie będzie więcej osób niż na widowni. Nigdy jednak tego nie zrobiliśmy. Wielu członków zespołu nie miało wykształcenia teatralnego, wywodzili się z różnych branż, a łączyła nas wspólna praca nad spektaklem. Nie kierowaliśmy się więc zasadą, że należy wystąpić za wszelką cenę – czuliśmy jednak, że powinniśmy stawić się na spotkanie z publicznością.

Często w ciągu dnia mieliśmy próby, a wieczorem prezentowaliśmy spektakl jako work in progress. Zdarzało się, że pracowaliśmy nad jednym tytułem przez kilka lat, utrzymując się z wystawiania starszych spektakli. Taki wieloletni proces twórczy tego samego przedstawienia bywał żmudny, a kolejne próby często irytowały, ale pokazy work in progress zawsze były fascynujące, nawet jeśli skromne grono na widowni ewidentnie obrazowało poziom zainteresowania naszą twórczością. Uświadomiło mi to, że teatr zyskuje znaczenie i ożywa właśnie dzięki odbiorcom, nawet jeśli jest to tylko kilka osób.

Zupełnie jak w tym haśle w kasynie: „ABY WYGRAĆ, MUSISZ BYĆ OBECNY”. Siłą teatru jest na pewno wspólne uczestniczenie na żywo w akcie tworzenia, który – nawet jeśli wcześniej opracowany i przećwiczony – za każdym razem przebiega inaczej. Pod względem społecznym i politycznym teatr nigdy wcześniej nie był tak istotny, tak niezbędny do zrozumienia siebie i otaczającego świata.

Niewątpliwie niewygodnym tematem są nowe technologie i sieci społecznościowe. Obiecują one, że zbliżą do siebie ludzi i ułatwią im kontakt, ale wygląda na to, że raczej ich izolują. Co prawda nie mam konta w mediach społecznościowych, ale korzystam z komputera na co dzień, sprawdziłem nawet, co można znaleźć w Google o mnie jako aktorze. Zdarza mi się też szukać informacji za pomocą sztucznej inteligencji. Nie można jednak nie zauważyć ryzyka, że związki międzyludzkie zostaną zastąpione przez relacje z urządzeniami. W niektórych sytuacjach technologia jest przydatna. Problemem jest to, że w procesie komunikacji nie wiemy, kto znajduje się po drugiej stronie, co pogłębia kryzys prawdy i utratę poczucia rzeczywistości. Internet może stawiać pytania, ale bardzo rzadko wywołuje zadziwienie, które potrafi wzbudzić teatr. Zadziwienie, którego podstawą są uwaga i zaangażowanie spontanicznie powstałej społeczności osób uczestniczących w cyklu działania i reakcji.

Jako aktor i twórca teatralny jestem głęboko przekonany o sile teatru. W świecie pełnym podziałów, kontroli i przemocy my – ludzie teatru – nie możemy pozwolić, aby postrzegany był on jako przedsięwzięcie czysto komercyjne, które ma przede wszystkim dostarczać rozrywki, albo jako przestarzała instytucja kultywująca tradycje. Musimy dbać o to, aby teatr nadal łączył ludzi, społeczności i kultury oraz, co najważniejsze, stawiał pytanie o to, dokąd zmierzamy.

Wielki teatr kwestionuje schematy myślowe i pobudza nas, byśmy wyobrażali sobie to, do czego dążymy.

Jesteśmy istotami społecznymi, w naszej naturze leży nawiązywanie kontaktu ze światem. Każdy z naszych zmysłów to drzwi umożliwiające spotkanie, a dzięki takim spotkaniom potrafimy lepiej zrozumieć, kim jesteśmy. Przez opowiadanie historii, estetykę, język, ruch i scenografię, teatr jako forma totalna może pokazać nam świat, jaki był kiedyś, jaki jest obecnie i jaki może stać się w przyszłości.

                                                                                                                                      Willem Dafoe

Willem Dafoe – aktor, twórca teatralny. Dyrektor artystyczny sekcji teatralnej La Biennale di Venezia, jeden z założycieli zespołu teatralnego The Wooster Group z siedzibą w The Performing Garage w Nowym Jorku (1977–2004), który wypracował oryginalne podejście do teatru awangardowego. Współpracował też z Bobem Wilsonem, Mariną Abramović, Richardem Foremanem i Romeem Castelluccim. Na początku lat 80. zaczął występować w filmach niezależnych i mainstreamowych, co przyniosło mu międzynarodowe uznanie. Otrzymał cztery nominacje do Oscara i zdobył nagrodę Coppa Volpi dla najlepszego aktora na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji w 2018 roku. Zaangażowanie w świat teatru nadal kształtuje jego wizję i działalność artystyczną. 

Na zamówienie Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego z języka angielskiego przełożyła Katarzyna Resiak.

 

Polski Ośrodek Międzynarodowego Instytutu Teatralnego ITI tradycyjnie wybiera i zaprasza wybitnego reprezentanta polskiego teatru do napisania polskiego orędzia. W tym roku słowa skierował do nas Marcin Wierzchowski – reżyser teatralny i wykładowca akademicki.

Orędzie Marcina Wierzchowskiego na Międzynarodowy Dzień Teatru 2026

Pod opublikowaną jakiś czas temu w Internecie przeprowadzoną ze mną wideo-rozmową (liczba wyświetleń: 670 – mój syn rzucił tylko okiem i powiedział, „Tata, six-seven!”) pojawiło się pięć komentarzy. Cztery były słownym odpowiednikiem kciuka w górę, ale jeden użytkownik, @czarekchodziez8539, dobył klawiatury jak szabli i napisał:

świat się wali na ryj,
krew wszędzie
a ten j…any pi…doli kocopoły
o jakimś zas…tym
teatrze…
wu-pe-de-jot chłopie.

Hm. Na taki feedback najlepiej nie odpowiadać albo też dobyć szabli, ale znienacka dotarła do mnie ukryta pod powierzchnią hejterskiej poetyckości potrzeba – potrzeba teatru na ciemne czasy. Pomyślałem sobie, że może muszę zrozumieć, czym miałby być, bo wtedy nie tylko mam szansę robić lepszy teatr, ale też, mówiąc o nim, przestanę może „kocopolić”.

Świat, jaki znaliśmy, się wali. Podobno na polskich strzelnicach – również tych komercyjnych – tarczą jest teraz podobizna Putina. Idziesz i strzelasz Putinowi, wybaczcie wulgaryzm, w ryj. Wcześniej – pod nieobecność Wielkiego Wroga – mógł to być Tusk albo Kaczyński. Wraz z lękiem wślizguje się w nas nienawiść. Zatruci nią, tracimy ciekawość. Nienawiść nie korzysta ze znaków zapytania – artykułuje się kropkami i wykrzyknikami, mówi: „Wiem i to mi wystarczy”, zabarwiając fragmenty naszego świata na czarno-biało, czyli barwy wojny. I kiedy ubieram w nie teatr (bo wiem, bo nie zadaję pytań, bo odmawiam podmiotowego głosu swoim przeciwnikom), to staje się on wówczas teatrem wojny. Przerobiliśmy sążnistą pulę takiego teatru w Polsce w ciągu ostatniej dekady. Stawialiśmy pytania, ale odpowiedzi mieliśmy na podorędziu. Mówiliśmy o potrzebie pojednania, ale na naszych warunkach i z autentyczną troską wskazywaliśmy na pogłębiającą się pomiędzy nami rozpadlinę, jednak to tych drugich obarczaliśmy winą za stan rzeczy. Teatr wojny palcem wskazuje winnych. Wskazuje i skazuje – często bez sądu. Bo każdy może zaśpiewać: „A na drzewach zamiast liści…” i zrymować liście z niepożądaną grupą społeczną. Albo nie rymować (bo po co) i od razu przejść od słów do czynów.

Najgorszym wynalazkiem w historii teatru jest CZWARTA ŚCIANA. Oczywiście, wiemy, dlaczego powstała i że przyniosła ona z sobą nowy rodzaj aktorstwa, który towarzyszy nam do dziś. Ale wyrządziła też sporo szkód – estetycznych i symbolicznych. Czwarta ściana oddziela nas bowiem od największego zasobu energetycznego w budynku teatralnym, jakim jest widownia. Teatr wojny zaczyna się od czwartej ściany. Lub – by być bardziej precyzyjnym – od mentalnej czwartej ściany. Ten typ umysłowego zapętlenia charakteryzuje się tym, że czyni z rampy barykadę. Ludzie po drugiej stronie barykady są nie tyle naprzeciwko mnie, co przeciwko mnie: bo przyszli mnie ocenić, sprawdzić, czy umiem, czy się nadaję, czy mam coś do powiedzenia. Myśląc o nich, staję do egzaminu, którego nie chcę i którego nienawidzę, więc również ich zaczynam nienawidzić – tych mieszczan, bigotów, kabotynów, pisiorów albo lewaków, którzy czują się lepsi ode mnie – i tym samym wyruszam na wojnę. Przed chwilą czułem się gorszy, teraz czuję się lepszy – od nich lepszy. I jeżeli w ogóle jeszcze w ich stronę spoglądam, to widzę w nich wyłącznie źródło mojego dyskomfortu. A wolałbym o ich istnieniu zapomnieć, bo wtedy wreszcie nie czułbym się oceniany.

Pułapka tej narracji tkwi w założeniu, że istnieje podział na scenę i widownię, na MY i WY. I trudno się z niej uwolnić, bo podział na „my” i „wy” jest wszędobylski i ma swoje poczesne miejsce w teatrze. Jedna z pierwszych lekcji teatralnej reżyserii, której w krakowskiej PWST udzielił mojemu rokowi ważny wówczas w Polsce reżyser i pedagog, brzmiała jak sentencja: „Aktora trzeba zgwałcić, chłopcy”. To skandaliczne zdanie jest deklaracją wojny. Podobnie jak zdania, które nie oglądając się na #metoo, wciąż wdzierają się jakoś do leksykonu adeptów aktorstwa – zdania o tym, od czego i czym jest aktor albo, że reżyser kazał, a głupi aktor wykonał. Tyle głębokich lekcji teatru zdążyliśmy zapomnieć, a te garderobiane kocopoły pamiętamy, a czasami nawet nadal w nie wierzymy. Tak właśnie unieśmiertelnia się teatr wojny.

Ale gdyby tylko udało mi się pomyśleć o tym inaczej i obalić tkwiący w założeniu o fundamentalnym podziale błąd, to może otworzyłbym drzwi do innej rzeczywistości. Gdybym zamiast MY i WY pomyślał JA i TY. Bo kiedy myślę „ja” i „ty”, to robi mi się bardziej jak w relacji niż jak na froncie. Niepostrzeżenie znikają zasieki, barykady. Myśląc „ja i ty”, trudniej mi pomyśleć, że przyszedłeś mnie oceniać, bo w sumie ty jesteś tak samo bezbronna jak ja. Więc po co przyszedłeś? I co z sobą przyniosłaś? Czy naprawdę idąc do teatru, przynosisz arkusz egzaminacyjny? A nawet jeśli, to czy jest on ważniejszy niż aktualny bagaż twojego pokręconego życia, niż kwitnący albo rozpadający się związek, twoja chora mama, ciemne myśli na własny temat albo to, że nie wiesz, co zrobić dalej z życiem? — A z czym wchodzi na scenę aktor? Z opowieścią o… związku, chorobie, czarnych myślach i życiowych koleinach.

Jeżeli więc teatr jest zwierciadłem, to jest on zwierciadłem dwustronnym: ja wnoszę na scenę opowieść o pokręconym życiu, której zapleczem jest moje pokręcone życie; a ty siedzisz naprzeciwko mnie ze swoim pokręceniem. Nasze spotkanie wymaga zaufania i odwagi. Moja odwaga to szczera sceniczna opowieść o ranie, którą dzielę z opowiadaną przeze mnie postacią. Twoja odwaga – wcale nie mniejsza, mimo ciemności, która cię na widowni otula – to odsłonić się na tyle, by płynąca ze sceny opowieść dotknęła twojej rany. Jesteśmy naprzeciwko siebie i oboje stoimy przed szansą: bo jeśli odważymy się na bezbronność, to miękkim gestem zetrze ona granicę pomiędzy ja i ty. Musimy tylko zaryzykować.

Teatr wojny jest – w swej esencji – o uzbrojeniu; teatr pokoju jest o kruchości. Teatr pokoju zawsze – nawet przy pełnej sali – grany jest dla jednego widza. Ode mnie dla ciebie. Takiego teatru życzę nam na te ciemne czasy.

Marcin Wierzchowski (ur. 1976) – reżyser teatralny, wykładowca akademicki (PWSFTiTV im. Leona Schillera w Łodzi, AST im. S. Wyspiańskiego w Krakowie), absolwent anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserii w PWST w Krakowie. Współpraca z Krystianem Lupą oraz znajomość sposobu pracy Mike’a Leigh w połączeniu z osobistą fascynacją duchowością człowieka oraz głęboką znajomością antropologii i psychologii, pozwoliły mu na stworzenie zupełnie autorskiej metody pracy z aktorem oraz techniki scenariopisarskiej, w ramach której od lat tworzy dotkliwy, a przy tym bardzo czuły teatr psychologiczny i stopniowo przywraca znaczenie scenie, jako miejscu do opowiadania poruszających historii. Nie waha się jednak przed eksperymentami, a nawet artystycznymi prowokacjami – zawsze wynikają jednak one ze stawki tematu, jaki podejmuje w danym dziele. Debiutował w 2006 roku, a od niemal dziesięciu lat jest jednym z najpłodniejszych polskich twórców. Pracował w Krakowie, Toruniu, Szczecinie, Poznaniu, Wałbrzychu, Warszawie, Białymstoku, Rzeszowie, Opolu, Wrocławiu, Łodzi, Gnieźnie, Katowicach i Gdańsku realizując zarówno wielogodzinne seanse dramatyczne czy etiudy side-specific, jak i musicale oraz przedstawienia dla dzieci. Zatrudniający go dyrektorzy widzą w nim człowieka, z którym praca konsoliduje zespoły teatralne i stwarza członkom zespołów przestrzeń dla autorskiej ekspresji artystycznej. Aktorzy cenią w nim przede wszystkim uważność na spontanicznie pojawiające się impulsy, umiejętność słuchania współpracowników przy jednoczesnym trzymaniu się – często bardzo rygorystycznej – wizji przedstawienia. Jego „Sekretne życie Friedmanów” wygrywając w kilku kategoriach 10. edycję Boskiej Komedii rozpoczęło trwający do dziś tryumfalny pochód Teatru Ludowego w Krakowie pod dyrekcją Małgorzaty Bogajewskiej – sukces krakowskiego spektaklu powtórzyła zaś w 2024 roku „Piękna Zośka” z Teatru Wybrzeże, której rejestracja telewizyjna została doceniona główną nagrodą na Festiwalu „Dwa Teatry” w Sopocie.